Już od bardzo dawna noszę się z zamiarem opisania „alternatywnej historii mojego porodu”, tego „co by było gdyby”… Nie myślałam, że taka historia już powstała, na 3 miesiące przed moim porodem. I jest to historia tragiczna. Bardzo proszę mamy w ciąży i w połogu, by odłożyły jej czytanie w czasie. (Choć może dobrze, by przeczytał ją ktoś, kto będzie Wam towarzyszył przy porodzie).

Do tej pory, kiedy myślałam o tym, co stałoby się, gdyby podano mi w szpitalu oksytocynę (ze względu na brak postępu) i węzeł na pępowinie Lu zacisnąłby się wcześniej, w mojej głowie pojawiał się obraz „ratunkowego cc” i moich potwornych wyrzutów sumienia, że w ogóle, kiedykolwiek pomyślałam o porodzie domowym. Przecież mogłabym zabić swoje dziecko! Zresztą znając podejście większości lekarzy zapewne usłyszałabym coś w tym tonie.

Gdybym tej oksytocyny nie dostała, bo znalazłabym w sobie dość siły i odwagi, by konsekwentnie odmawiać, zapewne wszystko skończyłoby się dobrze. Tak myślałam. Myślałam tak dopóki nie poznałam mamy Helenki…

 

Helenka była piątym dzieckiem, pierwszą Córką, więc radość tym większa. Niestety jeden z jej braci, Jeremi, nie doczekał przyjścia na świat siostry. Zaszczepiony w 3 roku życia, po niespełna dwóch tygodniach trafił na oddział zakaźny, a potem do Centrum Zdrowia Dziecka. Zmarł po miesiącu. NOPu nikt nie uznał. Ale teraz miała urodzić się Helenka i wlać miód w serca rodziców.

 

Rodzice planowali poród domowy, nie było przeciwwskazań, jednak Helena zwlekała z opuszczeniem bezpiecznego brzucha swojej mamy.

„Po konsultacjach 10 dnia po terminie zapadła decyzja o pojawieniu się w szpitalu – niby nic się nie działo, jeszcze w normie, dzidzie czuć, rusza się prawidłowo, mamuśka też, ale może niech sprawdzą dokładniej. To była niedziela, więc jakoś mało zachęcające było pojawienie się w szpitalu od samego rana. Spacerek więc, świeże powietrze, ruch – tylko może pomóc. Wieczorem w szpitalu opierdziel:

– Miała pani być rano, kto teraz panią będzie badał!?

W sumie ten sam co w niedzielę rano. Tak też było. Standardowe badanie, KTG. Nic się nie dzieje, rozwarcie zaledwie 2 cm. Spokój. Jednak mamusine hormony ruszyły. Płacz, po pierwsze, że pewnie mnie potną, po drugie, że muszę być w szpitalu – standard. Wylądowałam w pokoiku z pierworódką ciężko znoszącą skurcze – nieregularne jeszcze. Ciągle wzywała położną, która miała jej po dziurki w nosie, bo to środek nocy, a ta spać nie daje. Ja leżałam z KTG na brzuchu z radośnie skaczącą dzieciną w brzuchu. Co mnie przekonywało, że skończy się to na stole cc, że mała nie wstawiła się w kanał. Gdy weszła położna nagle chwycił mnie skurcz, więc zaproponowała, że skoro pani dr będzie badać moją sąsiadkę, to żebym też przyszła. Gdy wstałam z łóżka to Helena zaczęła startować na ostro. Nie mogłam zrobić kilku kroków – gabinet za ścianą. Pani dr oburzona, że tak wolno i że natychmiast mam na fotel wejść. Powiedziałam, że nie chce żebym nogę podniosła… Musiała się schylić i wrzeszczy

-10! Sala!

Akcja – wózek, winda, ja telefon do męża. Odbiera, a ja na partym

– Nie zdążysz!!!!

Dałam radę przerzucić się na fotel w sali porodowej – ciemnej i zimnej. Położne chcą mnie kłaść, podłączać itp., a ja na drugim urodziłam. Ja szczęśliwa, a położne szepczą coś…”

Mama zdenerwowana pyta co się dzieje. Widzi dziecko – rusza się, żyje. Położna mówi, że ma supeł na pępowinie. Na chwilę położyła małą nisko na brzuchu mamy, odpępniła i zabrała, ze słowami „chwileczkę”. Mama Nowonardzonej leży i płacze ze szczęścia, bo widzi ją, jak pcha rączki do buzi i krzyczy. Troszkę jest obita po porodzie, ale jej najstarszy brat gorzej wyglądał. Druga położna odciągnęła uwagę matki, zaczęła mówić o łożysku, że trzeba je teraz urodzić i w tym czasie małą zabrali.

„Mąż przyjechał. Krzyczę, wrzeszczę, że Helenkę zabrali, że nie dali mi, że nie wiem o co chodzi. Tak, tak, mówią, pani dr przyjdzie i wyjaśni. Przyszła po pierwsze z pretensją, czemu nie pozwalam szczepić. Potem, że muszą ją poobserwować. Tak się darłam, że mąż musiał iść. Nie wpuścili go, że chwilka moment, że coś im się nie podoba. Jak udało mu się przedrzeć do małej to leżała w inkubatorze z sondą do-żołądkową w buzi. Tak, taką do karmienia. Tak, wiem, świeżo przyszła na świat w expresowym tempie (w karcie wpisali ponad godzinny poród), jeszcze mamy nie dotknęła…. Mnie wpuścili po 4h, gdy spazmowałam i sama szłam. Podano jej „coś” – potem okazało się że Luminal – błagam nie pytajcie po co! Dopiero zaczęli robić badania, ale ten supełek, to niebezpieczna sprawa, mała nie ssie. Tak, tak z rurą w buzi! Dodatkowo druga wciskana na odsysanie „wydzieliny”.”

***

Psychotrop LUMINAL dla noworodka?!

Wskazania?

Bezsenność, nadmierna pobudliwość, napady padaczkowe grand mal. Pomocniczo jako lek uspokajający przed zabiegami chirurgicznymi.

Możliwe skutki uboczne:

Pobudzenie, nadmierna ruchliwość, niepokój, splątanie, zawroty głowy, bezsenność, senność, depresja, omamy, koszmary nocne. Rzadko: ból głowy, reakcje alergiczne (wysypka skórna, pokrzywka, obrzęk powiek, twarzy lub warg), niedociśnienie, zwolnienie pracy serca, omdlenia, gorączka, uszkodzenie wątroby, zaburzenia w obrazie morfologicznym krwi, złuszczające zapalenie skóry, zespół Stevens-Johnsona (w przypadku wystąpienia tych objawów należy zaprzestać leczenia). Nudności, wymioty, zaparcia. Długotrwałe leczenie może przyczynić się do demineralizacji kości lub krzywicy. Długotrwałe stosowanie może prowadzić do rozwoju tolerancji, uzależnienia fizycznego i psychicznego. Nagłe odstawienie leku może powodować pojawienie się objawów odstawiennych. Preparat zaburza sprawność psychofizyczną.

***

„Podejrzewamy, że państwa córka ma zapalenie płuc. I już antybiotyk! Podkreślam, że bez wyników. Ja wyję. Chcę ją dotknąć, ale nie wolno, bo jeszcze nie wiedzą co jej jest, taka zmęczona – tu ciśnie się bluźnierstwo straszne na usta – nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie się urodziła… Teraz dostała lekarstwa, mamusia odpocznij, będziesz mogła spróbować ściągnąć coś dla niej, ale bez nerwów, zwykle się nie udaje, podamy jej mieszankę. Kategorycznie się nie zgodziłam! Oczywiście dałam radę, to był mój wielki cel, dać małej mleko za wszelką cenę! Dni mijały, ciągle twierdzili, że nie ssie, że trzeba ją karmić sondą – byłam u niej NON STOP i nie widziałam, żeby ktoś to sprawdzał, ale sama byłam tak przerażona, że nie myślałam logicznie. Ciągle nie mogłam jej dotykać, nawet po tym jak obiecali, że jak kardiolog wypowie się pozytywnie to będę mogła. Kardiologa złapałam sama, bo nikt nie powiedział, że był już dawno. Ten stwierdził, że jest ok, że taki rytm jest po ciężkim porodzie dla dziecka itp. Żebym już spadała, bo on musi lecieć dalej. Jednak dyżur się zmienił i znów nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności, że da mi dziecko na rękę. Po długim tygodniu pewna położna dała mi małą skóra do skóry, to było magiczne… Zmieniała jej sondę, więc dostałam dziecko wolne od rur. Najpierw się prężyła, ale chyba coś jej się jednak przypomniało, bo wtuliła się. Przytuliłam ją do piersi, wyssanej już laktatorem, ale zawsze. Delikatnie usteczkami złapała sutek i tak samymi usteczkami, jakby ciumkała.

Lekarz wpadł w panikę, źe ona nie potrafi, że ją zabiję itp. Od początku popełniałam błędy, ze strachu – już jedno moje dziecko zmarło, przeżyłam już tragedię nagłej, ciężkiej choroby i ciężkiej śmierci trzylatka, więc hasło „zabijesz dziecko” działało na mnie strasznie. Poddawałam się wszystkiemu.

Mogłam jednak ją tulić. Nie lubili mnie, przeszkadzałam, bo wychodziłam tylko na odciąganie mleka i chwilkę snu na fotelu.

Pewnego poranka, gdy poszłam odciągnąć mleko i wróciłam z nim (6rano). Wpadła na mnie doktorka, że mała ma zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, bo ścisnęła rączki i muszą wkłucie lędźwiowe zrobić. Po czym wyszła. Stałam zbita z tropu, nie zdążyłam zadać pytania, bo wyszła szybko, za to weszły pielęgniary ze sprzętem. Postawiłam się. Pierwszy raz. Mimo strachu, wrzasnęłam NIE! Zdziwione o co mi chodzi? Jak to o co, przecież nie diagnozuje się choroby na podstawie minutowego badania! I nie wkłuwa się w kręgosłup dla zabawy! Nagle ktoś zaczął ze mną rozmawiać, co ja mówię, że to specjalistka i wie co robi. No, to niech przyjdzie do mnie i mi wyjaśni, bo jakoś czwórka moich dzieci po ściśnięciu rączek nie wylądowała na ostrym dyżurze! Zresztą byłam z małą całą noc i jakoś nie widziałam tego! Tylko że pani dr już wyszła do domu… Po kilku godzinach i konsultacjach zgodziłam się na wkłucie – kolejny błąd. Wynik poglądowy – płyn idealnie czysty, więc raczej będzie ok. Tylko musimy zmienić antybiotyk, gdyby coś jednak było, niech już działa. Bo to zapalenie płuc coś nie przechodzi. Dziecko ciągle charczy. Ciągle odsysane itp. Musiałam się zgodzić, charczy, odsysane, tylko nikt nie mógł mi wyjaśnić czemu. Laboratoryjne wyniki płynu idealne! Antybiotyk pozostawia straszne odczyny, ręce puchną małej, guzy się robią itp. No, ale musi go brać. Badania genetyczne i różne dziwne w ilości setek miała zrobione. Wszystkie czyściutkie!

 

Któregoś razu rozmawiałam z zapłakaną młodziutką mamą, dziewczynki świeżynki mającej zapalenie płuc, „och, to jak moja!”. Mamusia płacze, bo antybiotyk nie pomógł, CRP nie spada, katar straszny – tragedia. Zaczęłam myśleć, moja nie ma kataru, hmm… Ciekawe jakie ma CRP? Zaczęłam być bardziej upierdliwa. Stwierdzili szybko, że muszą nas przenieść do szpitala klinicznego. Tam mają na miejscu neurologa, laryngologa, kardiologa. Skonsultują nas, kilka dni i już. To była wersja dla mnie. W papierach było przewlekłe leczenie nie-wiadomo-czego. Śmiała się ze mnie pani, badająca słuch, że wychodzimy po konsultacjach, że ona tu ma, że to przewlekłe i raczej bez widoku na wyjście. Znów wpakowali Helenę w inkubator, bo musieli swoje procedury wprowadzić. Znów wywiad ze mną. Leki w ciąży? Nie. Choroby? Nie. USG bez zastrzeżeń? Bez. Ruchy były? Do końca Serce badane w ciąży? Tak, wszystko ok.

Hmm,… Myślimy znów.

Kardiolog – E tam, przecież jest dobrze!

Laryngolog – Dla mnie wszystko dobrze!

Neurolog – Dobrze jest, trochę spóźniona, ale to może przez szpital…

EEG – bo zapewne miała niedotlenienie przez ten supeł – znów nic, czysto! No to rezonans! Pokaże nam głębokie niedotlenienia! Czysto! Mała była ciągle karmiona sondą – udało mi się wymóc, siłą wręcz, próby karmienia, szło jak po grudzie. Ciągle też była odsysana. Zaczęłam pytać co jej odsysają. Czy to jaka płucna wciąż sprawa? – No tak, tak zalega jej flegma! Ja przyglądałam się tej „flegmie” i jak w mordę strzelił wyglądała jak moje mleko! Dopiero pewna doktorka znów dopytywana przeze mnie czy to płucne mówi: – Nie, nie, to z przewodu pokarmowego… Bez komentarza…

Po rezonansie mój mąż nie wytrzymał. Kazał małą natychmiast wypisać. Już nic jej nie robili, czyli nie dawali leków. Tylko rurą karmili i odsysali. Panika na oddziale, że oni mają jeszcze jeden pomysł. Założyć małej PEG – wejście do żołądka bezpośrednie, przez brzuch. Mąż tylko popatrzył na gościa, poprosił ładnie i dobitnie o papiery. Zanim nas wypuścili, to przeszliśmy ostry kurs reanimacji. Dostaliśmy dwa zestawy do ratowania życia. W tym momencie spanikowałam. Zaczęłam wrzeszczeć, że skoro tak nas obstawiają, to ona bez szpitala umrze! Obyło się bez rękoczynów. Mąż spokojnie mnie przytulił i zabraliśmy Helenkę ze sterylnych pomieszczeń o temperaturze 25ᵒC bez wietrzenia, na świat. Pierwsze co, to wyciągnęłam jej sondę, która już była przez nos i którą musiałam nauczyć się zakładać. Jechaliśmy do domu i malutka troszkę tylko pochrumkiwała. Mieliśmy też ssak szpitalny, bo przecież 8-10 razy na dobę była odsysana. Ani razu nie musiałam podłączać ssaka. Pierwsza noc była ciężka, bo już prawie, prawie poszedł w ruch ssak, ale mała chrząknęła i przełknęła. Sondę miała tylko na karmienie. Uczyłam ją jeść samodzielnie. Nie było to łatwe. Mięśnie krtani i przełyku, wszystkie które ruszają po porodzie były od dwóch miesięcy nieużywane.

W ciągu dwóch tygodni od wyjścia ze szpitala, zaczęła wracać. Miała prawie 4 miesiące. Zaczęła na nas reagować! Mieliśmy serie wizyt kontrolnych, na jednej z nich załapała przeziębienie. Tego dnia pierwszy raz się uśmiechnęła w reakcji na uśmiech i czekając na jedzenie zassała dwukrotnie pierś!!! Musieliśmy jednak pojechać do szpitala, bo przeziębienie nie wyglądało dobrze. Tam, po przeczytaniu jej dokumentów, podano jej antybiotyk typu hard core. Wygięło ją. Nikt nie reagował na moje słowa, że to od antybiotyku – jeszcze w trakcie wlewu zrobiła się nieobecna, po czym wygięła się w łuk. Zamknęła się na kilka miesięcy. Przestała się uśmiechać i nie zassała znów piersi. Trafiliśmy do lekarki od dysfagii, bo to zapisano jej w papierach – szkoda, że nie spełniała właściwie żadnych wymogów tejże poza karmieniem sondą, bez przyczyny, ale przecież można wpisać, szczególnie, że nie refundowana. Pani dr z Gdańska, jedyna od dysfagii u nas. Kazała nam wybrać przed wizytą: albo sonda zostaje i nie robimy prób karmienia, albo bez sondy i karmimy inaczej. Mała ma być spokojna, mamy zrezygnować z tej bardziej stresującej formy karmienia. Trzeba było sondę odrzucić, bo młoda czując jedzenie w żołądku próbowała przełykać, a miała w gardle rurkę, była przerażona. Przeszliśmy na 100% karmienia łyżeczką, po paluszku itp. Po kilka mililitrów, co chwilę karmienie non stop właściwie, cały czas moim mlekiem ściągniętym laktatorem.

Pani doktor przez kilka godzin przyglądała się Helen w różnych sytuacjach i stwierdziła, że poza tym, że dziecko dysfagii nie ma, to jedyne pewne co ma to ciężka trauma. Koniecznie psycholog!

Ma specjalistkę w Poznaniu, poleca! Poszliśmy do niej, zdziwieni, że kilkumiesięczne dziecko idzie do psychologa?! Pani dr, przemiła, potwierdziła z przerażeniem, że to dzieciątko jest bardzo silnie straumatyzowane! Zaleciła cuda i wianki, pomogły – wspólne długie i ciepłe kąpiele, chodzenie non stop ciało do ciała, spanie też tylko na mnie, na golaska. Bardzo ją to otworzyło.

A my ruszyliśmy po innych specjalistach, naturalistach, którzy zaczęli z nami analizować szczegółowo wyniki Helenki. Kończyło się to moim wyciem, a ich przepraszaniem, że tam wszystko co mogło pójść nie tak, to poszło. Wyniki badań czyste, ale wpisane zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych na pierwszej stronie! Gdy czytało się szczegóły, to już tego nie było, bo i wyniki czyste, ale wszyscy reagowali na pierwszą informację. Zapalenia płuc też nie było, CRP najwyższe było 3. A stan powyżej 5 zaczyna jakieś zapalenia, dzieci ze szpitala z zapaleniem płuc miały 30-40! Moje dziecko ewidentnie zostało zniszczone leczeniem. Bardzo długo pracowaliśmy nad mięśniami. Gdy zaczęła się ruszać, to wszystko, co zjadła wypływało z niej. Nie domykał się żołądek przez sondę, mięśnie jej ciała ściskały przełyk, który nie musiał funkcjonować. Przez miesiące na sondzie, bez pracy szczęką, zawiasy szczękowe zaczęły zarastać chrząstką, co trzeba było na siłę rozwierać u rehabilitanta. Tragedia. W kartach choroby ze szpitala są wpisy o utracie przytomności i reanimacji, co nigdy nie miało miejsca – dni i godziny mojego ciągłego pobytu. Maleńka praktycznie wyszła na prostą. Odczuliła buzię na tyle, że mogłam ją dotykać, sama strasznie lubiła dotykać buzią mojej buzi i bawić się sutkami moimi, bała się ciągnąć, tylko ssała kropelki, albo z pojniczków piła. Jej mięśnie układu pokarmowego nie były jeszcze odpowiednio gotowe na ssanie i przełykanie, choć jadła prawie wszystko, zawsze z moim strachem, bo uwielbiała jeść, pakowała do buzi wszystko, jakby chciała nadrobić, ale nie mogła, bo nie w pełni sobie radziła.

Miała dwa lata i dwa miesiące, zachłysnęła się kawałkiem jedzenia. Lekarz na ostrym dyżurze nie chciał zrobić tracheotomii.

Wielu lekarzy nie może wręcz uwierzyć, że tak można było załatwić zdrowe dziecko. Wielu potwierdza, że w domu miałaby czas odpocząć i wcale nie musiałaby zassać od razu. Wielu twierdzi, że jej zdolność ssania potwierdza ta sytuacja, kiedy pierwszy raz ją trzymałam i ona niuplała sutek.

Tak skończyła moja zdrowa córeczka. Nikt za to nie odpowiedział, nikt nie poczuł się do winy, ani do chociaż chwili myślenia. Tylko procedury i świętokrówstwo lekarskie.

Czuję się odpowiedzialna za to, że nie postawiłam się lekarzom, ale też bałam się o nią, a to w końcu oni się znają…

Taka moja historia. Jeżeli pomoże ona komuś postawić się lekarzowi, zatrzymać procedurę, a włączyć myślenie, to dzielcie się nią. Nie raz lekarze przychodzili do mnie, strasząc śmiercią dziecka, że to ja ją spowoduję, jak nie poddam jej jakimś zabiegom. Za późno zaczęłam mówić nie, za późno żądałam dodatkowych konsultacji, za późno mówiłam, że owszem podpiszę dokument, że nie zgadzam się na „coś”, ale jeżeli będzie tam napisane, że nikt mi tego nie wytłumaczył, że robi się to za moimi plecami itp. Nagle im się język rozwiązywał, a i często okazywało się coś tam zbyteczne.

Chemia leków wychodziła z małej długo – niczym po leczeniu nowotworowym.

Macie prawo mówić nie, oni nie mają prawa na działanie bez informacji! Sprawdzajcie papiery leczenia, często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością! Zanim podpiszecie, przeczytajcie dla własnego bezpieczeństwa!

Znów się wypłakałam. To dobrze. Dziękuję.”

 

Niczego nie dodam od siebie, bo zwyczajnie brak mi słów…

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather