„To nieodpowiedzialne!”. Czy to okrzyk do pijanego mężczyzny siadającego za kółkiem? Nie. To może do matki siedmiorga dzieci urodzonych przez cięcie cesarskie, w ósmej ciąży? Nie. Chociaż znalazł się jeden Odważny. [1] Czy to okrzyk do matki palącej w ciąży? Nie. A może do ojca zabierającego dwulatka do McDonald’s? [2] Nie. Może do matki przebiegającej z wózkiem przez jezdnię? Nie. Już wiem! To odezwa do rodziców zostawiających dziecko w aucie podczas upałów! Nie!

To zdanie, które najczęściej słyszy kobieta (i jej mąż), która zdecydowała się na poród domowy. (Jak już urodziłaś to będziesz słuchać, do znudzenia, o tym jaka to jesteś „odważna”, tylko – nie wiadomo czemu – w ustach niektórych, brzmieć to będzie jak obelga).

Jak się nie ma twardej dupy przy miękkim sercu lub odwrotnie to może być ciężkie do zniesienia.

Właśnie ze względu na odpowiedzialność, jaką przyjmuję na siebie: za zdrowie dziecka i swoje, zdecydowałam się na porody w domu. Ponieważ na stan zdrowia dziecka, zarówno fizyczny, jak i psychiczny, wpływa całokształt procesów okołoporodowych. Nie chcę oddawać swojego porodu i dziecka w ręce instytucji, gdzie zależeć to będzie od przypadkowych ludzi, będących akurat na dyżurze. Ciało wie jak rodzić. Przyjmuję odpowiedzialność za poród, świadoma, że – wbrew obiegowym opiniom – szpital nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia porodu, w domu jest podobnie. Szpital generuje także wiele niepotrzebnych, rutynowych interwencji medycznych, które mają potem wpływ na zdrowie dziecka, a także samej matki.

Hanna Krawsz, matka trójki dzieci [3]

(dwoje urodziło się w domu, w tym jedno nie poczekało na asystę)

 

Zarzuty są mocniejsze, gdy to pierwszy poród, tak mi się przynajmniej wydaje. W końcu może stać się COŚ.

„Niebo spadnie nam na głowę!”, Asterix i Obelix

 

Strach

Przecież kompletnie nie wiem co mnie czeka. Na pewno nie dam rady bez znieczulenia. Na pewno poród będzie długi. Na pewno dziecko będzie potrzebowało pomocy. Może będzie owinięte pępowiną? Może będzie DUŻE? Może się zaklinuje, jak Kubuś Puchatek?

Nie znalazłam widoku od tyłu, niestety.

A jednak mam!

A może, może… Nie… To zbyt drastyczne. Może będzie miało węzeł prawdziwy na pępowinie? I jeszcze masz minusy? To wszak wskazanie do cesarki!

I nieważne, że większość dzieci rodzi się owiniętych pępowiną. Nieważne, że zaklinowanie grozi w pozycji na żuczka (albo jak kto woli odwróconego żołwia), a w razie czego jest jeszcze manewr Gaskin, że w domu BEZ NACIĘCIA i pęknięcia mamy rodzą dzieci o wadze 4,9 kg. Nieważne, że ani krótko-, ani dalekowzroczność nie są wskazaniem do cięcia, a wyłącznie zmiany zwyrodnieniowe na siatkówce – zaawansowane retinopatie i odwarstwienie siatkówki. Nieważne jest, że rozmówcy brak jakiejkolwiek wiedzy na ten temat. Jak to ujęła znajoma położna po praktykach: „Niedługo platfus będzie wskazaniem do cesarki”.

Nieważne, że zwykle jedna interwencja wywołuje drugą…

No i jak to? Nie będzie lekarza? Przecież tylko on się zna na  p a t o l o g i i.

Nie, ważne jest, że COŚ się może stać i tego COSIA już żadnym argumentem nie obalisz, bo jak?

 

Pamiętajcie! Jedyną rzeczą jakiej wolno nam się obawiać to ta, że niebo spadnie nam na głowę!

 

Natomiast jeśli już rodziłaś w szpitalu to przecież jakoś przeżyłaś i po co taka ekstrawagancja? Pozwolę sobie zauważyć, że słowo „jakoś” to słowo klucz, dla wielu matek, decydujących się urodzić w domu.

 

„Na co dzień zwykle nie myślimy stale o ryzyku, ale przecież ponosimy je przez cały czas. Przechodzenie przez ulicę, włączenie piecyka gazowego, pływanie, podróż samolotem — we wszystkim są elementy ryzyka. Życie zamarłoby, jeżeli bylibyśmy niezdolni je podjąć. W wielu sytuacjach musimy zdać się na innych, często nieznanych nam ludzi, a ryzyko jest mniejsze lub większe zależnie od ich kompetencji. Np. gdy wsiadamy do pociągu, wierzymy, że motorniczy, sygnałowy, planista i inżynierowie znają swój zawód; w restauracji ufamy, że kelner nie poda nam trującego pożywienia. W innych sytuacjach polegamy na sobie samych i względne bezpieczeństwo mogą nam zapewnić takie czynniki, jak własne rozeznanie, wcześniejsze planowanie i umiejętność postępowania. Do takich sytuacji należy np. obozowanie, spływ kajakowy, żeglarstwo. Każda z nich zależy choćby od czynników naturalnych, na przykład od zmian pogody (które byłoby głupotą ignorować), ale decyzje są w naszych rękach i to my dokonujemy wyboru co, jak i kiedy zrobimy. Rodzenie dziecka w szpitalu jest trochę podobne do wejścia na pokład samolotu i zaufania pilotowi.
Rodzenie dziecka w domu jest jak wypłynięcie żaglówką, na której ty jesteś kapitanem”.

Sheila Kitzinger

 

Lecz dzielni ludzie, nie chcecie, by
Ktoś chadzał drogami innymi niż wy,
Więc świat cały na języki wziął mnie,
Prócz głuchoniemych – rozumie się.

George Brassens, „La mouvaise reputation”

w tłumaczeniu Jacka Kaczmarskiego [4]

 

 

Wygibasy

Kiedy już zmęczona dojdziesz do wniosku, że w nosie masz uwagi innych pod tytułem „Który to miesiąc?… A, to się jeszcze ma takie pomysły. Przejdzie Ci/Wam”, kiedy się od tych uwag odetniesz zaczną się trudności natury medycznej.

Ach, bo złośliwe dziecię postanowi odwrócić się tyłkiem do dołu i zalana potem będziesz nocą śniła o cesarce, a w dzień przybierała najwymyślniejsze pozycje, by dziecko się odwróciło. Ba! Są mamy, które latarką wskazują dziecku drogę, jakby spodziewały się urodzić ćmę. Ponoć działa.

„Połóż się na plecach, na ułożonej na podłodze poduszce. Unieś biodra do góry*, podkładając po nie kilka poduszek. W tej pozycji płód odsunie się od miednicy i może zacząć się poruszać. Jednocześnie można delikatnie masować brzuch, żeby skłonić dziecko do obrotu”. [5, 6]

*szkoda, że nie w dół

 Wiem, bo to przechodziłam. Spacery, siadanie tyłem do oparcia, skakanie na piłce z szeroko rozstawionymi nogami, siadanie na podłodze ze złączonymi, przed sobą, stopami  i pamiętaj: kolana zawsze poniżej pośladków! plus nie wolno krzyżować nóg (dla mnie udręka – oczywiście bywają gorsze).

Kłody pod nogami

Dzieciątko łaskawie zwisa sobie w brzuchu głową w dół, mimo że ktoś miło wróżył Ci „nie obróci się i będziesz musiała rodzić w szpitalu przez cesarkę” (dziś wiem, że pozycja pośladkowa wcale nie jest wskazaniem do cesarki), i jesteś już prawie gotowa rodzić. Już nawet niemasz plamien i nie dostajesz zawału. Jeszcze tylko badanie na paciorkowca (GBS) i cytomegalię. Łatwizna. Ostatnia prosta. Trudniejsze było uniknięcie testu obciążania glukozą* i zbędnych badań wewnętrznych*.

[*piszę o sobie, to nie jest wymóg do porodu domowego].

Czekasz na wyniki, raczej spokojna, bo przecież nigdy nawet nie miałaś opryszczki, więc gdzież byś miała mieć cytomegalię. Z GBSem warunkowo można rodzić, więc nie spędza Ci snu z powiek.

GBS dodatni

No cóż, nie u Ciebie pierwszej, nie ostatniej… Nadajesz mu imię Zygmunt i próbujesz wykurzyć czosnkiem. (Szczegóły innym razem). Dla żartów krzyczysz na przemian: „Mężu czosnek!!!” oraz „Lisek w strachu szepnął w gruncie: Oj, to pewnie po Zygmuncie”. Badania i tak nie zdążysz powtórzyć, bo przecież Pannica postanowiła urodzić się w 39 tygodniu, a nie 42, ale to nic, jesteś spokojniejsza i wiesz co robić w następnej ciąży, przed badaniem na GBS w 35.tygodniu. Zawczasu poprosiłaś lekarza prowadzącego o przepisanie antybiotyku.

Hormony zamiast mózgu

Pierwszy raz idziesz do przychodni sama, bo akurat zamarzyło Ci się pokłócić z Mężem. Odbierasz wyniki i nogi Ci miękną…

Świat Ci się wali, w głowie kręci, w nosie masz czy lekarz Cię zbada i czy zrobi to delikatnie. Idziesz jak owca na rzeź, powtarzając sobie w głowie „widać tak miało być”. Depresja dopada Cię natychmiast i bez ostrzeżenia. Na dokładkę, po badaniu plamisz krwią. Wracasz do domu i rzucasz się Mężowi na szyję z rozpaczliwym:

– Nie będziemy rodzić w domu!!!

Wylewasz morze łez, Mąż próbuje Cię jakoś pocieszyć, mówi, żeby powtórzyć badanie, uspakaja, prosi, żebyś przyniosła wyniki. Idziesz, niesiesz je przez długi hall, patrzysz. Zaraz. Moment. Wait a second! „Cytomegalia > 1”, a Twój wynik to… 0,01. No, ale tu jeden i tu jeden. Dzwonisz do położnej i śmiejecie się w głos z całej pomyłki. Jesteś tylko zła, że pozwoliłaś lekarzowi zrobić sobie krzywdę. Od tego dnia do porodu mija tydzień.

 

Już po porodzie

Czy może być cokolwiek trudnego po pięknym, domowym, wymarzonym porodzie? A no może. Zakochaliśmy się – ja i Mąż – w tematyce okołoporodowej, wciąż poszerzamy swoją wiedzę (ja czytam, Mąż słucha, gdy relacjonuję) i okazuje się, że jeszcze to można było zrobić lepiej i tamto też lepiej.

Mogłam wcześniej pozbyć się Zygmunta i nie przyjmować antybiotyku w trakcie porodu. Mogliśmy nie pozwolić, żeby Lu owinięto grubym becikiem, przez który miałyśmy zakłócone pierwsze karmienia. Mogliśmy nie pozwolić, by osuszano Ją tetrą (nie wiem czy dziewczyny nie starły części vernixu). Mogłam muczeć jak krowa, kiedy chciało mi się krzyczeć, nie dość, że ponoć lepiej pomaga to może sąsiedzi zaoszczędziliby Straży Miejskiej fatygi (nie żebym tym się akurat najmocniej przejmowała). Mogłam być bardziej stanowcza i lepiej wsłuchać się w swoje ciało. Mogliśmy zachować sznur pępowinowy. Mogłam poprosić o wstrzymanie się z podaniem mi oksytocyny, nawet jeśli to była śladowa ilość. Mogliśmy więcej wiedzieć o badaniach przesiewowych. Mogłam stanowczo zaprotestować, kiedy druga położna, podczas wizyty w trzecim dniu po porodzie zaczęła gadać bzdury o diecie matki karmiącej i postanowiła przegrzać mi dziecko.

Następnym razem będziemy mądrzejsi.

Następnym razem będziemy bardziej pewni swego.

Następnym razem i tak coś się wymknie spod kontroli,

bo tak to już w życiu bywa.

Następny raz, niestety, nie zmaże tego poczucia, że mogłam dla Pierworodnej Córki zrobić więcej.

I jeszcze jedno jest dla mnie trudne do zaakceptowania, że poród to temat tabu. Wszyscy pytają „jeszcze karmisz?”, „jeszcze nie chodzi?”, ale NIKT nie zapyta jak wspominasz poród (bo przecież to jak pytać o rzeź – usłyszałam raz takie określenie), a Ty go wspominasz wspaniale i chcesz się tym doświadczeniem dzielić.

II doba życia Urodzonej o Świcie

 

 Blog rodzicielstworadosci.com nie ma poprawiać humoru, ma skłonić do refleksji. Opierając się na badaniach naukowych i doświadczeniach własnych może wskazać Ci alternatywną drogę do szczęścia…

 

Może zainteresuje Cię też:

Jak się rodzi w domu?

Urodzona o świcie

Jak się przygotować czyli poród domowy w pigułce

Dlaczego poczekać z pierwszą kąpielą noworodka?

Zanim pozwolisz pobrać krew pępowinową

Obrazkowa historia porodów

5 sposobów na łożysko czyli masz babo placek

Handelek organami czyli nielegalne mleko i komórki macierzyste

Cięcie dla cesarzy czyli zdumiewająca historia cesarki

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather