Tags

,

Z ciążą jest jak z wiarą w Boga – nie widzisz dziecka, ale wierzysz, że ono tam jest. I jest! Natomiast z porodem jest jak ze śmiercią – doświadczasz go i możesz wreszcie zobaczyć swoje dziecko, dotknąć go i dać się ogarnąć szczęściu, wierzę że po śmierci tak samo doświadczymy Boga.

Lejla

Minął rok od porodu i nikt mnie o niego nie pyta… A ja mogłabym go opowiadać wciąż i wciąż, za każdym razem w inny sposób. To nie jest doświadczenie, o którym chce się zapomnieć. Z każdym dniem przypominam sobie więcej szczegółów i gromadzę je, obracam w głowie, uśmiecham się do nich, wzruszam.

Kilka drobiazgów bym zmieniła (swoją koszulę nocną, muzykę – na taką bardziej do śpiewania, swoją wielką uległość – szczęście, że Irenka tak pięknie mną kierowała, ale następnym razem wolałabym jeszcze dłużej być z Mężem sam na sam i tym razem wbić mu do głowy, że skoro jakaś pozycja mi odpowiada to mogę w niej zostać choćby i 12 godzin, kangurowanie, wydychanie dziecka na koniec, muczenie zamiast krzyku…) i na pewno zmienię przy następnym porodzie. Ponoć ten drugi poród zawsze jest bardziej świadomy.

Kiedy poznaję nowe osoby – matki, z ogromnym zdziwieniem odkrywam, że w większości przypadków nie chcą one opowiadać o swoich porodach. Nie wiele o nich wiedzą „coś mi podali”, „po zzo nie wolno mi było wstawać”, „tak mnie znieczulili, że nic nie czułam”, „dziecko zablokowało mi się barkiem, cesarka nas uratowała”, „zobaczyłam dziecko po dwóch dniach”… A ja czytam coraz więcej i wiem, że tych małych i dużych dramatów bardzo często można by uniknąć. Gryzę się w język, odczuwam głęboki smutek i czuję się bardzo samotna.

Czytam „Kryzys Narodzin” S. Kitzinger (obiecałam sobie, że w ciąży nie będę tego czytać) i płaczę. Chciałabym umieć pomagać otaczającym mnie kobietom, zrobić coś, cokolwiek… Sheila jest mi bliska –  5 córek urodziła w domu (i przynajmniej jedna z nich również wybrała takie wyjście). Rozumie, że „domówki” postrzegane są jako skrajnie nieodpowiedzialne egoistki, tymczasem dostępne badania naukowe wskazują na coś zupełnie odwrotnego…

I nie chodzi o to, że poród domowy jest jedynym słusznym, nie. Kobieta powinna rodzić tam, gdzie czuje się bezpiecznie, niektóre najbezpieczniej czują się w szpitalu. Problemem jest brak wsparcia, brak systemu „jedna rodząca – jedna położna”, „taśmowe porody” (co godzinę rozwarcie ma być większe o 1 centymetr – u mnie od 21 do 2.30 było 5 cm…). Znieczulenie zewnątrzoponowe ma zastąpić czułą opiekę i słowa „pięknie rodzisz, jestem przy Tobie”… bowiem okazuje się, że kobiety rodzące z mężem lub przyjaciółką i swoją położną lub doulą dużo rzadziej proszą o znieczulenie…

Nie mogę się z tym pogodzić. Z tą niewiedzą. Z zakłócaniem tego pięknego wydarzenia w życiu. Ze zrywaniem więzi matka->dziecko (dzieci więź tworzą nieco później), bo w świecie zwierząt, ssaków i ludzi „brak noworodka” oznacza jego śmierć. Nieważne, że rozumowo kobieta pojmuje, że dziecko jest w innej sali… Organizm reaguje żałobą. można ten proces odwrócić. Z trudem, ale można. Tylko dlaczego do niego dopuszczać w tak wielu przypadkach…?

Kiedy pierwszy raz spojrzałyśmy sobie w oczy krzyknęłam radośnie:
– Ma ciemne oczy, po mamie!
Zupełnie zapominając, że to się może jeszcze zmienić.
To było spontaniczne.
Jej oczy były jak magnes. Nic poza nimi się nie liczyło.
Mały człowiek z wielkimi oczami.
Matkom pozwala się wierzyć w to, że one, ich organizm jest zagrożeniem dla dziecka… Tymczasem zostałyśmy stworzone do wydawania życia na świat i nikt poza nami tego nie potrafi. Lekarze mogą pomarzyć.

Medycyna ratuje wiele istnień, podczas porodów także, tylko dlaczego wszystkich traktuje się jednakowo i wtłacza w tę bezduszną, proceduralną machinę…?

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather