Tags

, , , , , ,

lucia

 

Po 15 latach wróciłam do, niemal już przeze mnie zapomnianej, książki… jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam od jakich słów się zaczyna…

Lucja miała zaledwie piętnaście lat, toteż rzadko znajdowała choćby krótką chwilę na zastanowienie się nad innymi sprawami niż te, które wypełniają życie każdej nastoletniej dziewczyny.  (…) Lucja westchnęła z irytacją, potrząsnęła ciemną, kędzierzawa głową i wydęła wargi.

 Lloyd C. Douglas „Szata”

Moja 99-letnia prababcia na imię ma Lucyna, ale odkąd pamiętam nazywamy w rodzinie ją „babcią Lucią”.

Zarówno postać z powieście Douglasa, jak i moja prababcia urodziły się, rzecz jasna, w domu. Jak to się stało, że moja Córka „podzieliła ich los”? Nie jestem do końca pewna.

Zdaje się, że zaczęło się od tego, że moja rodzina nigdy przesadnie nie ufała lekarzom, do tego na samą myśl o igłach robi mi się słabo. Odkąd pamiętam bałam się porodów, do tego stopnia, że prosiłam: „mamo, uródź mi lalkę”.

Kiedy podjęliśmy z Mężem decyzję o tym, że chcemy mieć dziecko skrycie marzyłam o tym, bym w dniu rozwiązania nie zdążyła dojechać do szpitala. Zaczęłam szukać informacji – jak to możliwe, że w taksówkach, samolotach, a nawet szkolnych toaletach rodzą się w pełni zdrowe dzieci? W końcu przez przypadek trafiłam na wiadomość, która tchnęła we mnie nadzieję na wymarzony poród: Justyna Steczkowska urodziła w domu. Nie żebym była jej wielką fanką (szczerze mówiąc nawet nie znam jej dyskografii), chodziło o co innego: piosenkarka nie spóźniła się do szpitala, nie utknęła w windzie, tylko zaplanowała wszystko od początku do końca. Podobnie Agnieszka Maciąg o której wiem tylko tyle, że jest znana. Zapewne, jak większość gwiazd, po prostu z tego, że znana jest.

 

Swoimi planami dotyczącymi porodu domowego podzieliłam się ze znajomą w ciąży, która jedną córkę wydała już na świat. Ona odwiodła mnie od nieodpowiedzialnego planu porodu domowego, zadała kluczowe pytanie: „a co jeśli coś pójdzie nie tak?” i namówiła na poród w domu narodzin, zamiast w domowych pieleszach. Wyjście pośrednie wydało mi się pomysłem godnym uwagi i rozsądnym. Byłabym przy nim została, gdyby nie niespodziewany zwrot akcji.

Otóż okazało się, w grudniu (sic!), że mój wymarzony Dom Narodzin przy szpitalu Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego jeszcze nie ruszył. Pozostawał mi do „wyboru” Dom Narodzin przy szpitalu świętej Zofii (jest jeszcze taki dom w Łomiankach, ale nie mamy auta…), a ten szpital od czasu urodzenia się mojego młodszego brata omijam szerokim łukiem.

Wpadłam w panikę. Przecież w wywiadach z gwiazdami czytałam, że położną do domowego porodu trzeba „zaklepać” jeszcze zanim zajdzie się w ciążę, a już na pewno w I trymestrze! Trudno, trzeba będzie urodzić w szpitalu. Już byłam z tym pogodzona, już zrezygnowana opuściłam głowę, aż… trafiłam na zapis mówiący o tym, że w szpitalu (każdym) rutynowo wbijają wenflon. Tak, to ten wenflon przesądził sprawę!

Nie marnując więcej czasu przeszukałam całe Mazowsze w poszukiwaniu położnej z poza szpitala św. Zofii… Znalazłam jedną – Irenę Chołuj. Okazało się, że jest autorką dwóch książek. Starszą z nich „Poród w domu” znalazłam bez problemu w Internecie – czytaliśmy z Mężem na głos i na przemian śmialiśmy się i płakaliśmy. Och, jak cudownie byłoby urodzić właśnie z nią – z tym Aniołem o ogromnym doświadczeniu!

Pisząc do Irenki maila nie wierzyłam, że się zgodzi, że ma czas… W końcu co druga położna ze św. Zofii (bo z ciekawości napisałam i do nich) w marcu planowała wakacje, a te które miały wolne terminy kazały mi się natychmiast zapisać do ich słono płatnej szkoły rodzenia.

Nie rozwlekając się dłużej dość powiedzieć, że marzenie się spełniło.

15 marca, o świcie, narodziła się nasza wielka Radość, nasza Łucja.

 

***

 

 

14 marca Wcześnie rano robię Mężowi przelew o tytule „zaliczka na noc”, On się śmieje, że chyba przepłaciłam.

Śmiejemy się dalej, gdy Mąż oznajmia mi, że na drzwiach wyjściowych wisi informacja o tym, że o 6.30 nastąpi przerwa w dostawie prądu:

– Skarbie, ja się o tej porze będę przekręcała na drugi bok!

I taki rzeczywiście mam zamiar.

Pół dnia skakałam na piłce, bo czułam lekkie skurcze i cały czas obiecywałam sobie, że zaraz pójdę się zdrzemnąć, jednak zamiast tego pisałam ze znajomą, która miesiąc wcześniej urodziła w domu swoją Dalię.

Ok. 17.30 Mąż postanowił wyciągnąć na spacer mnie i naszego królika Dziubę. Zgodziłam się z radością i po kilku minutach byliśmy przed domem. Podeszła do nas mała dziewczynka z mamą i zapytała czy może pogłaskać ” chomika”. Jako że futrzak zaczął uciekać w krzaki schyliłam się, żeby go przytrzymać. Wstałam i pomyślałam sobie, że jestem nienormalna, żeby kucać „z takim brzuchem”! Chwilę potem poczułam, że MUSZĘ wracać do domu. Jakbym „coś zgubiła”, taki dyskomfort. Po 5 minutach jestem w łazience. Bez dwóch zdań tym czymś, co zgubiłam był pięknie zwany czop śluzowy. Weszłam do wanny, żeby się obmyć.

– Sprawdzaj jak często mam skurcze – wydaje komendę Mężowi, nastawiając się na to, że to kolejne przepowiadające i woda zaraz je wyciszy.

– Co 10-11 minut.

– O, następny.

– 5?!

– Nie, niemożliwe…

– 4!!! Dzwonić do położnej?

– Poczekaj jeszcze chwilę.

Humory nam dopisują, śmiejemy się. Sytuacja wydaje nam się nieprawdopodobna i wręcz absurdalna – żeby tak wszystko nagle ruszyło, „z górnego C”?

Jednak o 19.00 nie mieliśmy wątpliwości, że skurcze wcale nie mają zamiaru zniknąć.

Telefon do Ireny i Marioli.

Ja, pomna tego, że gdy na zbyt wczesnym etapie porodu wejdzie się do wody na długo to poród się przedłuży wylazłam czym prędzej. Po przyjściu Marioli (gdzieś po godzinie) naiwne pytanie Męża: „A to się może jeszcze cofnąć?” Uśmialiśmy się całą trójką.

Irena była u nas już po 21 i mnie zbadała. Położne namówiły mnie na spacer po korytarzu, a potem na taniec z Mężem. Długo się broniłam przed tym tańcem, bo w pozycji pionowej skurcze są o wiele bardziej intensywne. Najłatwiej było mi je znosić w pozycji na kolanach, opartej o łóżko. Zresztą cały trzeci trymestr miałam przeczucie, że urodzę na kolanach w sypialni.

Mąż, jak podczas ślubu, wzruszał się co jakiś czas i pomiędzy skurczami uśmiechaliśmy się do siebie szeroko (nie uroniłam ani jednej łzy! Owszem „zawodziłam”, jak przy płaczu, ale bez łez…). Uśmiech pomaga rozwierać się szyjce macicy, warto o tym pamiętać.

W pewnym momencie Luby się na mnie obraził… Bo On tak strasznie chciał mi pomóc, a ja na Niego krzyczałam, żeby był cicho. Mimo że czytałam mu i potem Irena też kilkukrotnie mu przypominała, że podczas skurczu nie mówi się do kobiety (no chyba, że tak jak Irenka: „jesteś dzielna”, „wyrzuć ten skurcz, już sobie poszedł”, „pięknie”, etc., a nie dyryguje jak w wojsku). Kilka razy powiedział mi „nie bój się” co bardzo mnie dziwiło, bo ja się nie bałam ani przez chwilę, tylko brakowało mi sił i rzeczywiście trzy razy krzyknęłam „ratunku”, chociaż bardziej chciałam wyrazić swoje zmęczenie i ból, niż oczekiwałam jakiegoś konkretnego działania).

Jest ledwo 21.00, a już 4-5 cm! Pięknie, to dobra wiadomość poród postępuje szybciutko.

W pewnym momencie, niedługo po tej dobrej wiadomości, Mariola i Irenka zaczęły coś do siebie szeptać. To wybiło mnie z rytmu. Gdybym mogła cofnąć czas poprosiłabym je, by mówiły głośniej.

Padł na mnie blady strach. Coś się pewnie dzieje. O co ona ją pyta? Czy jedziemy do szpitala?
Na szczęście wszystko szło dobrze. Dziewczyny naradzały się czy mogę już wejść do wanny.

Och, wanna! Wąska, żeliwna, ale woda w niej tak przyjemnie ciepła. Bajka! Ogromna ulga i radość, że mogę trochę odpocząć.

W trakcie nastało najdłuższe 5 cm mojego życia*… Zdążyłam już wyjść z wanny, poskakać na piłce (nie podobało mi się i już do końca porodu patrzyłam na piłkę z niechęcią – świetnie sprawdzała się, natomiast, przy skurczach przepowiadających), znów potańczyć przy „El Condor Pasa”.  O 2.30 było na pewno 5cm i wtedy właśnie chlusnęły (dosłownie!) ze mnie wody.

[* chciałabym zaznaczyć, że to jest moje, autorskie, żartobliwe określenie. Podczas porodu zagina się czasoprzestrzeń i nie ma znaczenia czy to 5mm, 5cm czy 5m ]

Co dziwne pamiętam wszystko dokładnie! Większość kobiet mówi o tym, że się wyłączały w pewnym momencie i że żałują, że nie pamiętają wszystkiego. Mariola za naszą zgodą pojechała do domu się przespać (następnego dnia rano miała dyżur) i zdążyła wrócić tuż przed końcem…

Irenka (też za naszą zgodą) poszła się trochę zdrzemnąć w pokoju z królikiem, kiedy trzeci raz weszłam do wanny i wtedy już zaczynały się skurcze parte. Te chwile, kiedy taktownie zostawiała nas samych (bo wyszła jeszcze raz do innego pokoju) były niesamowite. Starałam się być cicho, żeby nie przeszkadzać Irence i nie wołać Jej niepotrzebnie. Mąż uśmiechał się do mnie wzruszony i szeptał „to niesamowite, rodzi się nasze dziecko!”. Kiedy tylko głośniej jęknęłam natychmiast zjawiał się Nasz Anioł Stróż – Irena.

Jeszcze zanim zasnęła odwiedziła nas Straż Miejska… Ja byłam w wannie, więc niestety nie widziałam ich miny, kiedy Mąż informował, że oczywiście bardzo przepraszamy za hałasy, ale córka mu się rodzi…

– Ale w domu???

– No, zdrowa żona, to po co mamy jechać do szpitala?

Wtedy Irena wychyliła głowę z łazienki, żeby ich uspokoić i potwierdzić, że nikt w tym domu żony nie morduje. Śmiała się do mnie serdecznie, że akurat zamilkłam jak panowie strażnicy przyszli i nie dałam im koncertu posłuchać.

Irena mówi „śpiewy”, ale ja wiem, że po prostu krzyczałam, a że w łazience się niesie… Na początku np. Irena pytała mnie czy to ona mnie blokuje czy nie mam potrzeby krzyczeć, bo taka jestem cicha, ale wolałam oddychać razem z nią, niż krzyczeć – pomogła mi jak nikt, krzyk doszedł wraz z wyczerpaniem.

Ból nie był najgorszy, po każdym skurczu zapominałam o tym, jaki był okropny. Potworne było natomiast zmęczenie.

W kąpieli udało mi się nawet, uwaga, uwaga, zdrzemnąć na 2 minuty!!! Co 2 minuty skurcze, boli jak diabli, to dopiero początek partych, a udało mi się przysnąć – to jest wyczyn! A w wannie nie leży się biernie. Wolno mi się było położyć na boku pomiędzy skurczami, ale na każdy skurcz obiecałam się podnosić (tzn. tułów), żeby Mała mogła schodzić w dół. Więc siadałam po turecku tyłem do łazienki i z całej siły zapierałam się rękami i nogami.

Mąż za moimi plecami podtrzymywał dmuchaną poduszkę, dopiero po wszystkim przyznał się, że umierał ze strachu, że poduszka pęknie i połamię mu palce. Po godzinie trzeba było wyjść.

Poza wodą wieszałam się też na drewnianym wieszaku od ręczników, że się nie zerwał ze ściany to cud. Krzesło trochę połamałam, kiedy siadałam na nim przodem do oparcia.

– 8-9 cm, możesz poddać się temu uczuciu wypychania, jeśli chcesz.

„Jak to? A gdzie kryzys 7 cm?! Ani razu nie pomyślałam o śmierci*, za to marzę o tym, żeby się zdrzemnąć!”.

[* w wielu książkach jest wzmianka o tym, że kryzys 7 cm to moment, kiedy kobiety chcą się „wycofać”, mówią, że umrą, że nie dadzą rady itd. Na szczęście to mija].

Mąż dzielny cały czas obok – niezłe miał zakwasy, bo wisiałam na Nim albo masował mi plecy (dziewczyny miały jakąś super technikę dociskania mi talerzy miednicy – ogromna ulga, ale Mężowi jakoś nie wychodziło, dużo lepiej szło mu masowanie „magicznych dołeczków” i wkurzał się, że ja się wkurzam, że mu nie wychodzi). Nigdy w życiu nie dałabym rady bez Niego, czułam się bezpieczna i czułam się kochana.

W którymś momencie, już po tych 9 cm, poczułam się jak na lekkim haju i zaczęłam mówić wszystkim dookoła, że ich kocham i faktycznie tak czułam. Zapytałam też Ireny:

– Irenko, ale kolejny poród jest lżejszy, prawda?

– No, jak pytasz o kolejny poród to chyba nie jest najgorzej!

W tym samym czasie poczułam to, na co tak czekałam – Niuńka mi pomaga! Odpycha się nóżkami podczas skurczu, robi co w Jej mocy, żeby się wydostać. Niesamowite doznanie, nie do opisania!

– Jeszcze z godzinę to potrwa.

– Co to jest godzina przy tych wszystkich minionych – powiedziałam hardo i…

Coś się we mnie załamało. Zaczęłam przeszkadzać sobie i Małej… Wypadłam z rytmu, przestałam słuchać siebie.

Potem stołeczek porodowy, z którego nie umiałam prawidłowo skorzystać, a nie miałam już siły słuchać co mi podpowiadają dookoła… Jakoś źle na nim siadałam. (Później Mąż mi powiedział „miałaś kilka razy dłuższą przerwę, tak z 10 minut, ale nie umiałaś się rozluźnić, czekałaś na kolejny skurcz”, „10 minut to jest dłuższa przerwa?!” ).

Przekrwiłam się przez to („tam”, na dole) i położne musiały interweniować – chciały mi zrobić zimny okład, ale bały się, że dotkną główeczki Dziecka i tak debatowały (wcześniej mogłam poczuć główkę pod palcami i Mąż też, frustrowało mnie, że Maleństwo jest już tak blisko, a to wciąż może trwać jeszcze godzinę i że pokazuje się ten łepek i cofa… to mnie chyba najbardziej osłabiło psychicznie, nie byłam na to gotowa), a ja zaczęłam czuć znane mi z opowieści „pieczenie” – główka zaczyna jednak przechodzić. „Dlaczego nie wystarczy, że prę? Jest już tak blisko, powinna wyjść?!”, zdarzyło mi się nawet przeć na siłę – nic to nie dało, chyba za bardzo chciałam… Następnym razem będę mądrzejsza.

Dziewczyny „zmusiły mnie” (bez użycia siły, chyba że perswazji), żebym uklękła przed Mężem (opierając się w pół-pionie na Nim, podobnie jak do modlitwy). Zmusić musiały, bo ja się bałam ruszyć w jakikolwiek sposób, sparaliżowało mnie. Nie wiem jakim cudem pół godziny wcześniej namówiły mnie na „bieganie” do drzwi i z powrotem.

Irena powiedziała, że trzeba mnie naciąć, bo jestem za bardzo ukrwiona, bardzo tego nie chciałam. Już miały wszystko naszykowane, a tu ciach! Pieczenie i… kichnięcie w mój pośladek (Młoda powinna mieć ksywkę „Apsik”, kto to słyszał, żeby kichać, jak się jeszcze jest w połowie „wewnątrz”?). Jakieś zamieszanie za mną, szepty, jeszcze jeden skurcz.

– Nie przyj!

– Fu, fu, fu, fu! – tym razem się postarałam, tylko oddychałam, ale i tak cieplutkie ciałko się ze mnie wyślizgnęło.

No i tu punkt dramatyczny, nie miałam nawet siły się przestraszyć… Chciałam wierzyć, że wszystko w porządku, ale kiedy usłyszałam oklepywanie zamarłam. Wiedziałam, że dzieci rodzone w domu z reguły nie płaczą, ale nie mogłam zrozumieć czemu położne Ją oklepują. Mąż to zauważył i zaczął mnie uspokajać. Za mną jakieś szepty o pępowinie, że natychmiast zaciskają, że i tak nie tętni. Ja pytająca o to, co się dzieje.

W końcu zakrzyknął (szeptem):

– Posłuchaj!

Rzeczywiście – jakieś spokojne mruczenie. „Jezu, żyje! Ale dlaczego mi jej nie podają od razu, co tam się dzieje za mną, że dalej klęczę z pępowiną między nogami i nikt mnie nie sadza, żebym urodziła łożysko, ani nie daje Małej do karmienia?!”. Koszmarna przytomność umysłu. Próbowałam spojrzeć co się dzieje za mną, ale nie dałam rady. Ja nawet nie chciałam Małej na ręce (nie, że nie chciałam, tylko w tej chwili to nie było ważne), chciałam tylko żeby była cała… Ba, czułam że nie miałabym siły jej utrzymać. Ale już za chwilę poszły w ruch pieluszki, w które została zawinięta, a ja zrozumiałam, że na pępowinie był supeł! Taki supeł, o jakich czytałam w Internecie kilka historii… Jak to kobiety miały jednego dnia USG i wszystko było w porządku, a potem na kilka dni przed terminem miały martwy poród, bo supeł się zacisnął…

Irena powiedziała, całkiem serio, że Mała doskonale wiedziała kiedy się urodzić. Kiedy pomyślę, co by było, gdyby poczekała jeszcze dzień czy dwa… Łzy mi się leją (tak, bo w końcu jednak mi się odblokowały, ale to inny temat). Irena i Mariola powiedziały, że w szpitalu na sto procent w ostatniej chwili zrobiliby mi cięcie (ponieważ prawdopodobnie przy „długim” porodzie podaliby mi oksytocynę, a oksytocyna spowodowałaby co? Zakłócenie przepływu krwi i w efekcie spadek tętna u Dziecka! No i albo byłoby natychmiast cięcie albo byłby dramat… Nie chcę nawet myśleć).

Zaraz po odcięciu pępowiny i owinięciu Małej w pieluszki (Mąż poleciał za nimi, chyba do łazienki, nawet nie wiem po co Mała została wyniesiona, chociaż Mariola coś mi mówiła i uspakajała, że zaraz wróci z Malutką, ale już do mnie nie dotarły jej słowa) posadziły mnie na stołku porodowym (tak teraz sobie odtwarzam, że oni chyba polecieli po miskę na łożysko! A ja się ruszyć nie mogłam bez pomocy. Ach, i po latarkę, bo o 6.40 czyli w 5 minut po urodzeniu Córuchny wyłączyli prąd do godziny 7.00 – przecież uprzedzali!).

Podczas zmieniana pozycji chlusnęła ze mnie krew, później się okazało, że łożysko się jednostronnie odkleiło, ale dziewczyny nieźle się przestraszyły i zgodziłam się na podanie oksytocyny w III fazie, żeby mogły szybko sprawdzić czy łożysko jest całe. Dziś bym poprosiła, żeby chwilę zaczekały.

Męża mego usadziły za moimi plecami, żeby mnie podtrzymywał i podały mi Małą. Stabilnie, bo sama powiedziałam szczerze, że boję się, że jej nie utrzymam.

Z początku nie miałam siły nawet dobrze się Jej przyjrzeć, chociaż zdumiały mnie wielkie, ciemne oczyska patrzące prosto na mnie.

Dziękowałam położnym za ten Mały Cud, za to, że jest cała i zdrowa (9/10 w Apgar, bo przez ten węzeł prawdziwy na pępowinie była chwilę wiotka. Mąż to widział, ale też nie dał po sobie poznać! Niesamowity facet, Mój Mąż… Spisał się na medal).

Błogi spokój spłynął na mnie, kiedy pomogły mi się położyć na łóżku i dały mi Malutką, a Mąż usiadł obok. Oczywiście pękłam i byłam szyta. Ale to było „moje” pęknięcie i bardzo się cieszę, że nie zdążyły mnie naciąć.

Żarty się mnie trzymały…

– Skarbie, my nawet nie sprawdziliśmy czy to aby na pewno dziewczynka!

– Zdążymy Ją sobie obejrzeć, będziemy mieli na to całe życie.

– Kurcze, znów mi się supeł zrobił na nitce – to Irena. – Same supły dziś.

– Może Łucja będzie marynarzem? – stwierdziłam.

– Albo marynarką, w wersji damskiej – stwierdziła Irena.

Później to już było tylko lepiej i cudowniej… Półmrok, własne łóżko, własna Córa (i to już przyssana! Najpierw mnie sobie obejrzała, obmacała paluszkami, potem oblizała mi sutek i bach! załączyła ssanie jak odkurzacz, aż dumna jestem!) i własny Mąż. Każdemu życzę takiej atmosfery spokoju i szczęścia po porodzie.

Żeby było ciekawiej cały poród „marudziłam” jaka to ja nie jestem śpiąca i wyczerpana… Przypomnę – Łucja urodziła się o 6.35, a my zasnęliśmy na dwie godziny… około 17! Mąż chyba nawet nieco dłużej ode mnie drzemał. Widać adrenalina, endorfiny i cała reszta koktajlu miłości [uwaga 2 linki!] sprawiają, że znika potrzeba snu.

Ach, jak mogłam zapomnieć! Dla mnie ogromnym szokiem i w pewnym sensie traumą było to, że Niuńka podczas swojej pierwszej, długiej drzemki wydawała dźwięki, jak ja przy porodzie… Naśladowała oddech, „płacz”, krzyki… Tylko wszystko po cichutku. Od tej pory się to nie powtórzyło, ale poczułam z Nią jeszcze silniejszą więź i smutno mi było (cholera, nadal oczy mi się szklą), że musiała przejść taką trudną drogę…

 supeł

Blog rodzicielstworadosci.com nie ma poprawiać humoru, ma skłonić do refleksji. Opierając się na badaniach naukowych i doświadczeniach własnych może wskazać Ci alternatywną drogę do szczęścia…

 

Może zainteresuje Cię też:

Refleksja o porodzie czyli coś pięknego, a potem… smutek…

Obrazkowa historia porodów

Zanim pozwolisz pobrać krew pępowinową

Jak się rodzi w domu

Poród domowy w pigułce cz.I

Poród domowy w pigułce cz.II

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather