Moja 2-latka zawarła nowe znajomości… Anastazja, Amelia, Martyna i Sandra mają po 10lat, ale nie przeszkadza im to posłusznie podążać za Łucją na plac zabaw. Pomagają Jej (choć to zbyteczne) wchodzić na zjeżdżalnię, uczą Ją jak się samodzielnie huśtać, robią Jej „tory przeszkód” i pytają „czy Łucja jutro też wyjdzie?”

 

Domofon:
– Czy Łucja wyjdzie na dwór?
Jasne, spodziewałam się tego…za jakieś 4 lata

 

– A wam co, dzieci się rozmnożyły? Przedwczoraj jedno, wczoraj troje, dzisiaj pięcioro…
– Wiesz, 500 na dziecko.
– No nie wiem czy to wystarczy na dziecko…?
– Z nawiązką, karmimy je samymi pędami sosny.

Dziecko mi pomachało, powiedziało „paaa”, otworzyło sobie z klamki drzwi na klatkę i poszło. A teraz ten mój mały ancymon włazi na ławki na placu zabaw i próbuje z nich skakać, i na każde moje „uważaj”, robi oczy kota ze Shreka, spuszcza głowę i mówi „oj tiiiak”.

 

Lu wspina się „pod prąd” na zjedżalnię (robiła już tak w zeszłym roku, kiedy jeszcze nie potrafiła chodzić). Martynka ją upomina:

– Łucja nie możesz tak wcho… – spogląda na mnie. – Może?

– Może.

Mina bezcenna.

– Proszę pani, a Łucja zjadła kwiatka.

– To stokrotka, one są jadalne.

– Pani też chce?

– Poproszę.

Widzę z jakim zdziwieniem patrzą na nas inni rodzice, ja z kolei byłam zdziwiona, że dzieci bez problemu wpuściły nas do swojej „paczki”. Opowiadają o tym, jak spędziły dzień, czego się ostatnio nauczyły, o swoim rodzeństwie…słowem zapraszają nas do swojego świata. Zadają też sporo pytań i patrzą zdumione, kiedy pozwalamy Łucji wspinać się na stromą górkę pod domem. Widać, że nas lubią, a my lubimy je. I jakoś wśród nich czuję się bardziej na miejscu, niż siedząc na ławce z rodzicami… Na początku tam właśnie spędzałam czas, ale jako że jeden z ojców notorycznie pali i to przy swoim niemowlaku zaczęłam unikać ławeczki i Córkę też stamtąd odciągam. Jeszcze nie mam śmiałości zwrócić mu uwagi, zwłaszcza że pozostałe mamy niemowląt nic sobie z tego jego palenia nie robią.

Trzy tygodnie temu urządziliśmy sobie ognisko pod domem i dołączył do nas sąsiad z naprzeciwka, przesympatyczny emeryt. Wywiązał się między nami taki oto dialog:
– A co was sprowadziło do Jeleniej Góry? Bo ja to zawsze marzyłem o górach, więc teraz, na emeryturze, wreszcie spełniam marzenie, a żona z córką zostały w Warszawie.
– No, a my nie chcieliśmy czekać do emerytury.

 

Inna anegdota. Dziecko w wieku wczesnoszkolnym, w sklepie:
– Mamo, co to?
– Awokado. Odłóż to, to jest owoc, tego się nie je.

Kiedy ostatnio byliśmy na rynku Łucja „dorwała” nieznajomego kolegę, na oko 3-letniego. Na początku rudzielec nie chciał się z Nią bawić, ale tak koło niego chodziła, tak po głowie głaskała, za rękę prowadziła i czapkę mu poprawiała, że musiał ulec. Kiedy pocałowała go w usta, myślałam, że umrzemy ze śmiechu, a kiedy on otarł szybko usta śmialiśmy się jeszcze głośniej.

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather