Dawno, dawno temu, kiedy mój-wtedy-nie-Mąż odbywał staż w szpitalu, jako prawa ręka i lewa kieszeń ordynatora, któregoś dnia przywieziono starszego dziadka z bólem żołądka.

Dziadeczek czule pożegnał się żoną; obiecał, że wróci niedługo i dostał buziaka w czóło.

Gdy tylko świadkowie otarli łzy wzruszenia hardo stwierdził, że on na „to” się nie położy. „Tym” były nosze. Problem w tym, że w szpitalu windy nie było, a to trzy piętra… Zaparł się, zrobił trzy kroki i trzeba go było łapać.

Pacjent nieufnie dotknął noszy:

– Nie, no, panowie, nie żartujcie!

Chłopcy poszli po rozum do głowy i przynieśli krzesełko z ambulansu.

Dziadek wydał się zainteresowany, ale nie do końca przekonany.

– A wie pan, kto kiedyś używał tej lektyki? – podjął jeden z noszowych.

– Kto?

– Papież!

– Naprawdę?

Zgodził się usiąść na ustrojstwie i ponieśli go na badanie.

Badanie nieprzyjemne, bo to była gastroskopia.

W Dziadeczka wstąpiła siła stu i chłopcy (w tym mój Przyszły) musieli go mocno trzymać, bo szarpał się niemiłosiernie i wyrywał sobie rurkę z gardła, po czym bardzo przepraszał i tłumaczył:

– Nic nie poradzę, taki odruch mam.

Trzymanie nic nie dało i tak się wyrywał. W końcu lekarz dał za wygraną i skierował Staruszka na usg.

Kiedy chłopcy wyszli z nim z gabinetu rzucił tylko:

– Dziad chciał mnie udusić!

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather