Jest to książka mądra i bardzo potrzebna nie tylko tatusiom, ale także nauczycielom, pedagogom, duszpasterzom i innym dorosłym, którzy chcą wnieść pozytywny wkład w solidne wychowanie dzieci i młodzieży. Czytelnik odkryje, że największe osiągnięcia w wychowywaniu dzieci odnosi taki tata, który z pomocą Boga i żony odnosi sukcesy w wychowywaniu… samego siebie.

Ks. dr Marek Dziewiecki, doktor psychologii

 

Wychodzę od tego samego cytatu, który znalazł się w moim wpisie „Książka na Dzień Ojca„.

Bardzo cieszyłam się, kiedy od wydawnictwa Koinonia dostałam propozycję otrzymania książki Josha McDowella „Przyjaciel, mentor, bohater. Praktyczny poradnik każdego taty” za darmo, do zrecenzowania. Poczułam się doceniona.

Zanurzyłam się w lekturze z naiwną nadzieją, że literówki, nieco toporne – w moim mniemaniu – tytuły rozdziałów i brak zgodności co do liczby wnucząt autora (pięcioro lub dziesięcioro) to wszystko do czego będę mogła mieć zastrzeżenia.

McDowell kilkukrotnie podkreśla w swojej książce, że jego ojciec był alkoholikiem i w konsekwencji nie sprawdził się jako rodzic. Tak, na jego tle Josh McDowell jawi się jako wspaniały ojciec. Tylko czy to wystarczy? Być lepszym od ojca alkoholika?

Przeszłość autora ważna jest dla tych, którzy sami nie mieli idealnego dzieciństwa i daje nadzieję na to, że złe nawyki można przezwyciężyć, jednak ja

chcę czegoś więcej

dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Postawa autora nijak ma się do tytułów jego rozdziałów, zaczynających się od „zrobię wszystko”…

Rozdział drugi „Zrobię wszystko, aby zawsze mówić prawdę w miłości” jest naprawdę dobry. Ba, autor pisze o egzekwowaniu zasad w sposób, który spodobałby się większości rodziców wychowujących w duchu rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy. Wyróżnia też, podobnie jak Alfie Kohn, cztery typy ojców:

tatę „rygorystycznego kontrola”, tatę „wszystko przejdzie”, tatę niedbałego i wreszcie tatę kochającego.

Tym rozdziałem autor zawiesił sobie poprzeczkę wysoko, a potem wszystko zepsuł…

– przymuszeniem syna do upokarzających przeprosin

„Zrozumienie z jego strony nie było natomiast konieczne, żeby pociągnąć go do odpowiedzialności za jego czyn” – gdzie tu tytułowa „odpowiedzialność wobec dzieci”, zamiast za nie??? Dalej komentarz syna: „Przyznanie się, że postąpiłem źle, nie było takie trudne – w przeciwieństwie do tego, co rodzice polecili mi w związku z tym zrobić. Miałem przeprosić panią Carlson przed całą klasą i przeprosić także klasę. (…) Przeprosiny okazały się upokarzającym doświadczeniem, ale nauczyłem się, że jestem odpowiedzialny za swoje czyny”.

Moim zdaniem młody Sean nauczył się raczej, że rodzicom nie można ufać, a przeprosiny są doświadczeniem nadzwyczaj niemiłym. Nie wspomnę już o tym, że wszystkie myśli wtedy, zapewne, kręciły się wokół niego, a nie pokrzywdzonej nauczycielki.

– okazywaniem „bezwarunkowej” miłości za pomocą pieniędzy

Sześcioletnia córka poprosiła go o dolara, jeśli strzeli gola (skąd u niej w ogóle taki pomysł), na co McDowell przystał i dodał, że da jej tego dolara nawet jeśli gola nie strzeli. Rozumiem, do czego autor zmierza, ale czy naprawdę nie da się okazać miłości inaczej?

Alfie Kohn w swojej książce „Wychowanie bez kar i nagród” podaje podobny przykład z autopsji: kupił córce, ot tak, bilety na jakiś jej ukochany spektakl. To był wyraz miłości bezwarunkowej – miał ochotę zrobić jej przyjemność, bez okazji, i zrobił. Następnego dnia córka „dała popis” i nieźle zalazła mu za skórę, w pierwszym odruchu chciał właśnie odebrać jej bilet, ale się zastanowił – „hola! dałem jej bilet nie za dobre sprawowanie, tylko żeby jej sprawić przyjemność, a teraz chcę ją nim ukarać” to jest właśnie (m.in.) miłość odmawiana (tzn. zabranie czegoś, co się dało w odruchu serca).

Który z przykładów, Waszym zdaniem, lepiej pokazuje czym jest miłość bezwarunkowa?

Inny przykład z Kohna: córka zachowywała się głośno, kiedy próbowali położyć spać jej młodszego braciszka i nie reagowała na prośby rodziców. W czym przejawi się miłość bezwarunkowa? W tym, że rodzice jak zwykle utulą ją do snu i nie odmówią bajki na dobranoc oraz całusa, a kiedy emocje opadną porozmawiają z córką o zajściu.

Widać różnicę? Córka McDowella po prostu grała w piłkę, nikogo nie krzywdząc, ani nie zachowując się źle. Córka Kohna wystawiła jego cierpliwość na próbę. Łatwo jest kochać „grzeczne” dzieci.

Na koniec rozdziału McDowell pisze „akceptuj dzieci takimi, jakie są,  dasz im poczucie bezpieczeństwa” co pozwala mi wierzyć, że intencje ma dobre, ale błądzi jak dziecko we mgle

 – dwukrotnie stwierdzając, że dzieci są z natury egoistyczne

Autor przeczy nie tylko badaniom naukowym, ale i moim, rodzicielskim oraz pedagogicznym (pracowałam w przedszkolu z 2,5-latkami) obserwacjom. Jasne, 15-miesięczniak czasem nie ma najmniejszej ochoty dzielić się zabawką z kolegą, a jednak nieraz dzieli się z nim owocem albo głaszcze po głowie, gdy ten marudzi.

Tu ciekawy, pokrewny artykuł

i tu: „nie rodzimy się egoistami”

(świetny, ale po angielsku – w wolnej chwili przetłumaczę)

To my, dorośli nagradzając i karząc uczymy dzieci egoizmu.

– z rozbrajającą szczerością pisząc o tym, że jego siedemnastoletni syn nie umiał odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego Holocaust był zły {oczekiwana odpowiedź dotyczyła boskiego prawa}

Po tym zdaniu przyszła mi do głowy złośliwa myśl, że niektórzy lepiej zrobiliby spędzając więcej czasu z rodziną, niż pisząc 145.książkę i jeżdżąc po świecie z wykładami…

Tą nieobecność McDowella w życiu codziennym rodzinnym czuć mocno w proponowanych przez niego dialogach, które wydają się mi sztuczne i oderwane od rzeczywistości.

 – na początku książki nieświadomie przyznaje, że nie nauczył córki wyznaczania granic

Mąż mój po 30.stronach rzucił tę książkę w kąt, bo nie lubi czytać dziesięć razy tego samego zdania w jednym rozdziale, jakby był skierowany [rozdział] do ludzi ciężko-myślących…

razi mnie też podkreślanie protestanckiej wiary w predestynację („dobre uczynki się nie liczą, to Bóg wybrał już dawno kogo zbawi”) – dla mnie nie do strawienia i dziwię się, że w swoim wstępie ks. Marek Dziewiecki w żaden sposób się do tego nie odniósł

Mogłabym polecić tę książkę

Tak, mogłabym, usunąwszy z niej rozdział drugi, trzeci i czwarty oraz dodając kilka zastrzeżeń.

W swoim wstępie ks. Dziewiecki wydobył z książki McDowella wszystko to, co najlepsze. Jest z czego wybierać, nie przeczę. Tylko po co polecać coś, co wymaga oddzielenia ziaren od plew, kiedy na rynku istnieje wiele naprawdę wartościowych pozycji?

 

Jeszcze na koniec uwaga do tłumacza: Tytuł „Przyjaciel, Mentor, Bohater” nijak ma się do treści książki.

 

 

Blog rodzicielstworadosci.com nie ma poprawiać humoru, ma skłonić do refleksji. Opierając się na badaniach naukowych i doświadczeniach własnych może wskazać Ci alternatywną drogę do szczęścia…

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailby feather